Wellbeing to nie cyrk. Dlaczego Twój „kram z rozmaitościami” nie działa?

Zorganizowaliśmy warsztaty z kręcenia hula-hop, w kuchni stoją ekologiczne banany, a raz w miesiącu wpada tajska masażystka. Parodia, czy rzeczywistość?

Agata Pelc | 2026 r.

W wielu firmach podejście do wellbeingu przypomina ciągle objazdowy cyrk. Kolorowe atrakcje, szybka rozrywka i próba „zabawienia” pracownika, by choć na chwilę zapomniał o stresie. Problem w tym, że gdy muzyka cichnie, a cyrk odjeżdża do innego miasta, problemy zostają te same: chroniczne zmęczenie, stres, przeciążenie pracą, multitasking, presja wyników i nieadekwatne style zarządzania. Czy to też Twoja rzeczywistość?

Czym NIE jest wellbeing w biznesie?

Pora to powiedzieć głośno i wyraźnie: strategiczny dobrostan to nie jest dbanie o to, żeby pracownikowi było „miło i przyjemnie”. To nie jest kącik z konsolą do gier ani zestaw markowych gadżetów. To są mile widziane dodatki, ale jednak nie zmienią status quo funkcjonowania firmy. Wellbeing jest najzwyklejszym w świecie PROCESEM ZARZĄDCZYM z nastawieniem na efektywność operacyjną. To proces wspierający biznes.

Ale jeśli traktujemy wellbeing jak kram z rozmaitościami, to tylko chwilowo odwracamy uwagę od faktycznej sytuacji. Dostarczamy chwilowego zadowolenia, a nie długofalowej odporności, zwinności, elastyczności, umijętności.

Drogi wellbeingowcu i tu na scenę wchodzisz Ty. Albo utkniesz w roli „zabawiacza”, albo przejmiesz stery i zarządzisz tym działaniem. Marzysz, aby przestać pełnić rolę „klauna”, czy „czasoumilacza”, który ciągle musi udowadniać, że jego praca ma sens?

Jeśli chcemy mówić o strategii, to wymaga od nas innego sposobu myślenia i działania. Wtedy zamiast pytać: „Jak dzisiaj zabawić pracowników?”, zapytajmy: „Jakich narzędzi potrzebują nasi ludzie, by pracować zdrowiej i mądrzej?” Zamiast skupiać się na poszukiwaniu coraz to nowszych, bardziej „błyszczących” narzędzi do wspierania dobrostanu, sprawdźmy co i jak zmienić w organizacji pod kątem procesów, stylu zarządzania, menedżerów, godzin pracy, komunikacji…

No chyba, że zarząd decyduje się na „kramik”…, ale to już inna historia…

Wellbeing jako kompetencja i system

Prawdziwy dobrostan opiera się na czterech filarach, które są mało „błyszczące”, czy „jarmarczne”. Kojarzą się raczej z „ciężką pracą”. Może właśnie dlatego tak bardzo nie kojarzą się z wellbeingiem? Przecież wellbeing to „nicnierobienie”, to temat zarezerwowany tylko dla urlopu, hobby, czy ciepłych krajów…

Wróćmy do filarów:

Po pierwsze: Indywidualne kompetencje

Potrzebujemy, aby pracownicy potrafili dbać o siebie. Do tego niezbędna jest wiedza i praktyka. Tu potrzebujemy narzędzi, które dotkną zagadnień jak zarządzanie własną energią, budowanie zdrowych nawyków pracy głębokiej i odporności psychicznej. To historia o zmianie nawyków stylu życia, pracy i myślenia. Tu też największą odpowiedzialność ponosi każdy z nas jako człowiek, tylko my możemy zrobić tę zmianę. Wellbeing w firmie może być ułatwieniem, przestrzenią wsparcia, możliwością do wykorzystania.

Po drugie: Kompetencje zespołowe

Jak to wygląda w naszych zespołach? Jak nam się współpracuje? Relacje są kluczowym elementem zdrowia i poczucia szczęścia w życiu (więc w pracy też). Warto skupić uwagę na wsparciu zespołów w budowaniu kultura feedbacku, bezpieczeństwa psychologicznego i funkcjonowania w różnorodności (z nią i pomimo niej).

Po trzecie: Kompetencje menedżerów

Menedżerowie muszą rozumieć, że dbanie o zespół to dbanie o zasoby firmy. Menedżer ma wpływ na wellbeing pracowników, czy chce, czy nie chce. Badania mówią, że aż 69%, porównywalnie z wpływem partnera życiowego, a większy niż terapeuta!

Potrzebujemy wellbeingowych menedżerów, liderów…

Menedżerów, którzy potrafią pracować z energią, choć nie są magikami. Menedżerów świadomych siebie i swoich stanów emocjonalnych. Liderów, którzy codziennie dbają o siebie, rozwijają się, pracuje nad sobą, którzy rozumieją, co to jest pozytywny wpływ i dodawanie ludziom poczucia sprawczości. Pragniemy liderów, którzy dbają o ludzi, nie o swoje ego i status. Chcemy menedżerów, którzy rozumieją, jak uruchamiać przepływ w zespołach dla osiągnięcia celu. I w tym wszystkim, i właśnie poprzez to są skuteczni!

I nie chcemy już czytać o nich tylko w bajkach!

Po czwarte: Rozwiązania systemowe.

Systemowe rozwiązania to całkiem chwytliwy nagłówek, który przyciąga uwagę zarządów i HR. Osobiście uważam, że choć od dawna, nie tylko ja, podnoszę ten temat, to nadal jeszcze pływamy na płyciźnie potrzeby zmian. Systemy w firmach mamy skostniałe. Ruszyć system, to czasem jak przesunąć o milimetr górę. Widzę wielu pasjonatów, ludzie bardzo chcą. I widzę też, jak bardzo potrzebujemy zmiany mindsetu osób zarządzających. Jest z każdym dniem trochę lepiej, ale po co ciągle szukamy „sztuczek” i „królika do kapelusza”?

Rama wdrożeniowa wellbeingu w biznesie jest ta sama od zawsze. To najzwyklejsza na świecie praca z obszarów HR-u, która ma za zadanie podnieść poziom dobrostanu ludzi, co z punktu widzenia biznesu ma poprawić efektywność biznesową. To WSPARCIE dla biznesu!

I jak każda inna praca z tego obszaru potrzebuje zaangażowania CAŁEGO BIZNESU, bo to on ostatecznie musi się zmienić w swoim stylu działania.

NIE da się zmienić sytuacji w biznesie bez jego zmiany! To proste! Tymczasem biznes mówi – to Wy HRy jesteście odpowiedzialni, nie mieszajcie nas do tego!

Ale tak się nie da. Wtedy pozostaje nam tylko stać na tej arenie cyrkowej z namalowanym uśmiechem. I gdyby chociaż jeszcze dali budżety na te „fajerwerki”…

To Ty biznesie musi ewoluować, transformować. To nie tylko ludzie mają zadbać o siebie i radzić sobie, to Ty masz być przestrzenią, która pozbywa się tego, co ciągnie w dół i nauczyć się działać tak, aby ludzie mogli robić swoją robotę bez utraty zdrowia i nadmiernego „zużycia” siebie samych.

Dlatego nie pytajmy: „Co nowego i atrakcyjnego możemy wdrożyć, aby „zrobić” ten cały dobrostan?” Zapytajmy czy nasze procesy firmowe wspierają pracę ludzi, czy ją utrudniają? Systemowy wellbeing to choćby eliminacja „złodziei czasu” i zbędnej biurokracji. To rozwiązania związane z kulturą pracy, stylem, zasad i norm na które w firmie się zgadzamy.

Czas na zmianę paradygmatu

Dordzy wellbeingowcy przestańmy być animatorami czasu wolnego w godzinach pracy. Naprawdę nie musimy czuć się jak w cyrku! A już na pewno nie musimy robić za klauna 😉

Zacznijmy być projektantami środowiska, w którym człowiek może wzrastać. Przestańmy być kuglarzem, który czaruje dla frajdy widza. Bo ten ostatecznie później trafia do smutnej rzeczywistości. Zmieniajmy rzeczywistość poprzez zmianę mindestu ludzi, budowanie dobrej szczerej i wiarygodnej reputacji działaniamiom pro-wellbeingowym, i bierzmy się za zmianę systemu.

Marzenie…? Jak to wygląda u Was? Budujecie strategię, czy wciąż sprzedajcie bilety do cyrku?


Agata Pelc – o wellbeingu w polskich firmach, dylematach wellbeingowca z przymrużeniem oka… choć może jednak nie do końca…